Dlaczego redaktor musi umieć czytać ze zrozumieniem i wiedzieć o czym pisze...

Kategorie: Informatyczne, Ogólne, Piętnuję głupotę, Techblog| 14 komentarzy 

Na Newskomp znalazłem newsa, szumnie zatytułowanego "HAKER ŁAMIE ZABEZPIECZENIA IPADA 2", opisującej pokrótce, bez podania większych konkretów, że anonimowy haker dokonał jailbreaka (dla niewtajemniczonych: uzyskał dostęp do funkcji serwisowych, umożliwiający instalowanie oprogramowania spoza AppStore, usunięcie simlocka w wersji z modemem, dostęp do systemu plików urządzenia, thetering (czyli zrobienie z iPada modemu)) nowego iPada2.

Co jednak mnie dość mocno poruszyło, to fakt iż autor postanowił publicznie zrobić z siebie ignoranta stwierdzeniem iż "nie cieszy to samych użytkowników, gdyż operacja ta powoduje utratę gwarancji", oraz że "nie powinniśmy się bać, gdyż Apple uspokaja, że luka wkrótce zostanie załatana i powinniśmy być dobrej nadziei". W dalszych komentarzach, na moje pytanie czy autor jest idiotą i od kiedy to pozwolenie użytkownikowi na odblokowanie jest złe, tenże autor udowadnia że jest idiotą pisząc:

"Chodzi o to, żeby zapewnić użytkownikowi możliwość oddania sprzętu na gwarancję. A jak dalej to się posunie – nie zależy ode mnie."

Nie rozumie biedak chyba, że jailbreak jest odwracalny. Gdy jednak dałem mu szansę, pisząc, że to wybór użytkownika, czy poszerzy sobie funkcjonalność urządzenia, nawet kosztem utraty gwarancji, wyjaśniając że jailbreak jest odwracalny, oraz prosząc o wyjaśnienie, dlaczego uważa, że zablokowanie możliwości jego wykonania jest dobre, odpisał co następuje:

Chodzi o to, żeby zwykły użytkownik nie narobił sam szkód w urządzeniu. Poczytaj inne artykuły tego typu – i oceń, czy mam rację, czy nie.

Riposta godna szanującego się redaktora - idź, poczytaj, mi daj święty spokój. Gratulujemy panu Arturowi Królakowi, że jako pierwszy doczekał się u mnie wpisu w kategorii "Piętnujemy głupotę" :-)



O facebooku, targetowaniu behawioralnym i najpopularniejszym pubie w mieście.

Kategorie: Informatyczne, Ogólne, Techblog| 9 komentarzy 

Wyobraźcie sobie, że jestem właścicielem najbardziej popularnego klubu w mieście. Wstęp do mojego klubu jest bezpłatny, drinki mam niemalże po kosztach alkoholu, więc przychodzi do mnie co wieczór większość waszych znajomych, tak więc, żeby spędzić z nimi wieczór, też musicie zostać moimi klientami. Jednakże od każdego z moich klientów wymagam, by przy pierwszym wejściu wyrobili sobie specjalną kartę. Na karcie zapisane są te dane, które wypełnią w specjalnym formularzu, oraz historia ich działań w moim pubie (kiedy byli, jak długo, co wtedy kupowali). Gdy kupujecie u mnie w barze drinka, musicie podać kartę - wymagam tego od każdego z moich klientów, zresztą dowiecie się tego przy wejściu, gdyż wszystkie informacje o celu wyrobienia karty, oraz jej zastosowaniu są dokładnie opisane.

Dzięki mojej magicznej karcie, barman jest w stanie dostosować drinki do preferencji klientów, zaproponować im coś nowego, czego jeszcze nie znają, ale prawdopodobnie polubią - wnioskując na podstawie tego co wcześniej kupowali, oraz co najważniejsze z mojego punktu widzenia - dostosować reklamy wyświetlane w pobliżu stolików do profilu moich klientów, no bo skoro wejście do klubu jest bezpłatne, a na drinkach nie zarabiam, to muszę zarabiać na czymś innym - czyli właśnie na reklamach.

Klub ten mógłby się spokojnie nazywać faceclub.com - bo na tej samej zasadzie działa facebook.com - oferuje bezpłatnie pewne usługi, wymagając od użytkownika podania prawdziwych danych (nikt nie twierdzi, że nie można podać fałszywych, poza samym facebookiem), po czym analizuje zachowania użytkowników, by stworzyć spersonalizowaną reklamę dla Ciebie, Twoich znajomych, oraz innych osób o analogicznych zainteresowaniach do Twoich. Oczywiście nie wymagam od Ciebie, byś przychodził do mojego klubu, zaakceptował regulamin i politykę prywatności - masz wolny wybór, możesz iść do innego klubu, albo siedzieć w domu - co prawda nie będzie tam Twoich znajomych, ale to już nie jest mój problem. Facebook też nie wymaga od Ciebie, byś się w nim rejestrował, prawda?

Piszę o tym, bo wróciłem niedawno z seminarium Fundacji Panoptykon, zatytułowanym Internet, biznes, manipulacja, a poświęconym właśnie tematyce profilowania i reklamy behawioralnej. Temat szerzej opisał u siebie współprowadzący seminarium Piotr 'VaGla' Waglowski, w artykule Seminarium: reklama behawioralna i profilowanie, dlatego też tutaj odniosę się jedynie do moich wrażeń po zakończeniu seminarium i związanej z nim dyskusji.
Po krótkim wstępie poprowadzonym przez Katarzynę Szymielewicz z Panoptykonu, oraz przedstawieniu problematyki przez Piotra 'VaGlę' Waglowskiego i Wojciecha Ozimka z One2Tribe, wywiązała się dyskusja, o etyce takiego postępowania. Akurat wylądowałem po stronie zwolenników ciemnej strony mocy, gdyż wychodzę z założenia, że lepiej dostawać reklamy rzeczy na które mogę sobie pozwolić, które mnie interesują i które są powiązane z zainteresowaniami moich znajomych, niż v1agrę, pr0zac i r0leksy ;-) Poza tym postawienie tezy o bezmyślności i nieświadomości użytkowników w zakresie tego, co serwisy internetowe robią z ich danymi uważam za absurd - jeśli ktoś nie czyta regulaminu i polityki prywatności danego serwisu, to znaczy że nie jest zainteresowany tym, co będzie się działo dalej z informacjami przez niego udzielanymi - proste, jak konstrukcja cepa. A skoro wyraził na to zgodę, akceptując 'przeczytany' regulamin, to nie może mieć żalu potem do operatora serwisu o to, że tenże przygotował dla niego reklamę na podstawie tego co użytkownik lubi.

Niestety - najbardziej przerażającą tezą była ta, która mówiła o konieczności ODGÓRNEJ ustawowej kontroli nad tego typu działaniami. Wychodzę z założenia, że ingerencje państwa w jakąkolwiek prywatną i biznesową działalność powinny być ograniczone do minimum, tym bardziej jeśli chodzi o wszelakie pomysły związane z kontrolą nad internetem. Szczególnie, że wprowadzenie dodatkowych obostrzeń i ograniczeń z uwagi na nieświadomych użytkowników negatywnie by się odbiło na tych świadomych. Wychodzę też z założenia, że ingerencja państwa powinna skupić się na działalności edukacyjnej - gdyby program informatyki w gimnazjum i liceum nie ograniczał się do robienia stron w HTML3, bez użycia CSSa, oraz zabaw starym corelem i wordem, a mówiłoby się o tym, co faktycznie można spotkać w internecie, oraz jakie są tego dobre i złe strony, to mielibyśmy minimalnie bardziej świadomą młodszą (a zarazem większą) część polskiego społeczeństwa.
W pewnej chwili na seminarium usłyszałem też, że Facebook nie informuje użytkownika, co robi z jego danymi, oraz że używa ich do targetowania reklam. Zarzuciłem zatem za zgodą prowadzących na ekran Facebook'ową politykę prywatności, co doprowadziło do postawionego kolejnego zarzutu - że targetowania i reklam behawioralnych nie da się wyłączyć na facebooku. Faktycznie - nie da się. Jednocześnie istnieje bardzo prosty sposób, by uniemożliwić facebookowi dostęp do informacji na podstawie których tworzony jest nasz profil - wystarczy nie klikać w Like Buttony :-) Wtedy tylko będziemy targetowani na podstawie miejsca i wieku - tak jak na większości portali.
Padały też ostre słowa o tym, że jest społeczna znieczulica na tego typu zachowania biznesowe. Fakt - ja nie widzę tutaj poważnego problemu, gdyż mi odpowiada to, że w zamian za pewne informacje na mój temat (a udzielam ich w internecie dość sporo - otwarty jestem pod tym względem), reklamodawcy, za pomocą usługodawców będą docierali do mnie z ofertami interesujących mnie potencjalnie produktów. Cieszy mnie też to, że za dostęp do facebooka, gmaila, oraz kilkunastu innych produktów płacą za mnie reklamodawcy. Ot i wszystko.

A jakie jest wasze zdanie?